Leki z leśnej apteki.

 

Nasi przodkowie znacznie lepiej korzystali z darów natury. Nie zadowalali się tylko zbieraniem grzybów i jagód. Las był dla nich apteką, spiżarnią i składem kosmetyków.

Dereń, kalina, tarnina – bardziej nam się kojarzą z literaturą, niż nalewkami czy galaretkami. Kiedyś było rzeczą naturalną, że w razie przeziębienia podawano choremu syrop z czarnego bzu czy podbiału pospolitego. – Z podbiału gotowano kiedyś zupę. Gospodynie chętnie sięgały po tę roślinę na przednówku, gdy spiżarnia opustoszała – mówi Magdalena Maślak ze Śląskiego Ogrodu Botanicznego w Radzionkowie. Podczas rodzinno-przyrodniczych dożynek, które zorganizowano niedawno w ogrodzie, opowiadała o dziko rosnących roślinach jadalnych.
Nasiona dzikiej marchwi z charakterystycznym białym korzonkiem, można uprażyć na patelni i wykorzystywać jako posypkę do kanapek. Rośliną na drugie danie jest podagrycznik, który można przyrządzić jak szpinak: sparzyć i usmażyć z masłem i czosnkiem. W ten sam sposób można potraktować młode pokrzywy. Obie rośliny mają też działanie lecznicze. Pierwsza, jak sama nazwa wskazuje, pomaga w leczeniu artretyzmu.
Owoce dziko rosnących roślin jadalnych nadają się na nalewki. Ale uwaga, są wyjątki. Z czarnego bzu można sporządzić syrop czy galaretkę, ale nie nalewkę. – Podtruwa organizm – ostrzega Magdalena Maślak i dodaje, że większość roślin przed spożyciem powinno się poddać obróbce termicznej. A jeżeli nie sparzyć, to przynajmniej umyć. Tak jest z czeremchą, której owoce smakują jak dzikie czereśnie. Kwaskowaty smak maja także owoce rokitnika zawierające 2,5 raza więcej witaminy C niż czarna porzeczka. Da się z nich zrobić wino, ale i krem czy olejek skuteczny w leczeniu poparzeń. Na nalewki nadają się też dzika róża, śliwa, tarnina i głóg wspierający leczenie układu krążenia.

Jarosław Myśliwski